Legenda Strzeleckiego Krepla
Historia krepla jest starsza niż jeden zamek, jedno miasto czy jedna rodzina. Już w średniowiecznej Europie znano wypieki określane nazwami Krapfen, Kräppel, Kreppel czy Krepel – smażone w tłuszczu kawałki ciasta, które z czasem, zależnie od regionu, przybierały różne kształty, receptury i nazwy. Jedni nazwali je Krapfen, inni Kräppel, jeszcze inni Berliner. Na Śląsku przetrwała nazwa krepel.
I właśnie w tej wielowiekowej historii zaczyna się strzelecka opowieść.
Według miejscowego przekazu jeden z przedstawicieli rodziny Maywald/Meywalder, zanim osiadł na Górnym Śląsku, miał być związany z okolicami Landeshut – dzisiejszej Kamiennej Góry – i majątkiem Kreppelhof. Sama nazwa tego miejsca była już wówczas stara. Jej początki łączono z dawnym rodem Kreppilów, którego przodkowie, według jednej z historycznych hipotez, mogli przybyć na Śląsk wraz ze średniowiecznymi osadnikami z Frankonii.
Tam, w świecie, z którego pochodziły również dawne nazwy Krapfen, Kräppel i Kreppel, młody Maywalder miał poznać rzemiosło piekarskie.
Nie był wynalazcą krepla. Taki wypiek znano przecież dużo wcześniej. Jego zasługą miało być coś innego – umiejętność nadania starej tradycji własnego, lokalnego charakteru.
Kiedy później znalazł się na Górnym Śląsku, podobieństwo nazw musiało nasuwać się samo:
Kreppelhof – Kreppel – Krepel.
Dla przedsiębiorczego rzemieślnika była to doskonała historia. Stary wypiek otrzymywał własne miejsce pochodzenia, własną opowieść i własną recepturę.
W Groß Strehlitz – dzisiejszych Strzelcach Opolskich – nazwisko Meywalder rzeczywiście pojawia się na początku XIX wieku przy zawodzie Pfefferküchler, czyli piernikarza. W 1809 roku piernikarz Meywalder należał nawet do grona członków miejscowego magistratu.
Legenda mówi, że właśnie w jego warsztacie stary Kreppel miał otrzymać strzelecki charakter.
Ciasto przygotowywano długo i cierpliwie. Powinno być lekkie, ale bogate – z mlekiem, jajami i masłem. Do nadzienia używano tego, co było dostępne i cenione na Śląsku: gęstych powideł śliwkowych, miodu i delikatnych przypraw korzennych. Piernikarz miał dodawać do nadzienia własną mieszankę przypraw, dzięki której jego kreple różniły się od zwykłych smażonych ciast sprzedawanych w innych miastach.
Uformowane ciasto pozostawiano do wyrośnięcia, a następnie smażono w gorącym tłuszczu do uzyskania złocistej skórki. Dopiero po ostygnięciu oprószano je cukrem.
Najważniejszy był jednak czas.
Kreple należały do zapustów – okresu karnawału poprzedzającego Wielki Post.
Był to czas zabaw, uczt i ostatnich obfitych posiłków przed okresem wyrzeczeń. Tłuszcz, mąka, jaja, mleko i słodkie nadzienie należało wykorzystać przed rozpoczęciem postu. Dlatego właśnie wtedy kreple pojawiały się na stołach najczęściej.
Maywalder miał rozumieć, że dobry wyrób potrzebuje nie tylko receptury, ale także historii.
Opowiadał więc o swoim pochodzeniu, o Kreppelhofie i dalekiej Frankonii, z której według dawnych przekazów mieli przybyć pierwsi osadnicy związani z tym miejscem. Stara nazwa wypieku splatała się w tej opowieści z nazwą majątku i historią rodziny.
Czy rzeczywiście Kreppelhof dał nazwę kreplowi?
Nie. Słowo było znane dużo wcześniej.
Ale właśnie na tym polega urok tej historii.
Dobry rzemieślnik nie musiał wynaleźć krepla. Wystarczyło, że potrafił uczynić go swoim.
Tak jak mieszkańcy Wiednia opowiadali później historię Cilli Krapf, która miała przypadkiem wrzucić ciasto do gorącego tłuszczu, jak Berlin stworzył opowieść o piekarzu formującym pączki na podobieństwo kul armatnich, tak również Śląsk mógł potrzebować własnej historii.
Maywalder miał wszystko, czego taka historia wymagała:
miejsce o nazwie Kreppelhof,
starą tradycję wypieku Kreppel,
rzemieślnicze doświadczenie piekarza i piernikarza,
oraz nowe miejsce życia – Groß Strehlitz.
Z tych elementów mogła narodzić się opowieść, która pomagała zakorzenić stary europejski wypiek właśnie tutaj.
Nie jako produkt przywieziony z daleka.
Lecz jako śląski krepel.
Z czasem receptury zmieniały się, pojawiały się nowe nadzienia i sposoby dekorowania, ale najważniejsza idea pozostała ta sama: krepel miał być wypiekiem szczególnym, przygotowywanym przede wszystkim w okresie karnawału i zapustów, podawanym rodzinie, gościom i sąsiadom jako znak obfitości i powodzenia przed rozpoczęciem Wielkiego Postu.
Dlatego współczesny Strzelecki Krepel może odwoływać się do tej tradycji bez twierdzenia, że właśnie tutaj wynaleziono pączka albo samo słowo „krepel”.
Jego legenda może opowiadać o czymś bardziej wiarygodnym i zarazem ciekawszym:
o wędrującej przez średniowieczną Europę tradycji, którą kolejne regiony przyjmowały i przekształcały na swój sposób; o rodzinie rzemieślników, która mogła przynieść na Górny Śląsk własne doświadczenia; oraz o strzeleckim piernikarzu Meywalderze, który dostrzegł niezwykłe podobieństwo nazw Kreppelhof i Kreppel i potrafił uczynić z niego historię swojego wypieku.
Tak mogła powstać strzelecka legenda krepla:
stary europejski wypiek,
frankońsko-śląska droga tradycji,
Kreppelhof jako miejsce rodzinnej pamięci,
Groß Strehlitz jako nowy dom,
a Maywalder jako człowiek, który nadał tej historii lokalny charakter.
I właśnie dlatego strzelecki krepel nie musi być „pierwszym kreplem”.
Może być czymś bardziej autentycznym:
kreplem, który na Śląsku znalazł swoją własną historię.
PS
Moje zainteresowanie historią piernika strzeleckiego i śląskiego krepla nie jest przypadkowe. Ma ono swoje źródło w rodzinnej tradycji piekarniczej i wspomnieniach o moim zmarłym bracie, który jako szesnastoletni chłopak rozpoczął w latach siedemdziesiątych XX wieku naukę zawodu u mistrza piekarskiego Ewalda Pawelleka.
Praca w piekarni zaczynała się wtedy, gdy miasto jeszcze spało. W nocnej ciszy rozpalano piece, przygotowywano zaczyny, wyrabiano ciasto na chleb, bułki, rogale i śląskie kołacze. W powietrzu mieszał się zapach mąki, drożdży, masła, maku i gorącego pieczywa. Szczególna atmosfera panowała przed Bożym Narodzeniem. Wtedy codzienna praca przeplatała się z przygotowywaniem wypieków, na które czekano przez cały rok.
W piekarni pracował wówczas również starszy piekarz Feliks. Podczas nocnych godzin opowiadał młodszym o dawnych przedwojennych piekarniach, miejscowych mistrzach i wypiekach, których receptury przekazywano z człowieka na człowieka. To właśnie od niego mój brat otrzymał przepis na szczególny piernik w kształcie żaby – „Żabę Szczęścia”.
Nie był to wówczas produkt przeznaczony do masowej sprzedaży. Powstawał w niewielkich ilościach, głównie dla rodziny i bliskich. Dopiero w okresie przedświątecznym piekarnia pozwalała sobie na przyjmowanie pojedynczych prywatnych zamówień. Co roku mój brat przynosił takiego piernika na świąteczny stół. Wtedy nie zastanawiałem się nad jego historią. Najważniejszy był niezwykły smak i świadomość, że pojawiał się tylko raz w roku.
W tej samej piekarni żyły także inne dawne tradycje. Obok chleba i bułek wypiekano słodkie rogale, kołacze z makiem, serem i posypką, a także niewielkie figurki z ciasta – ludziki z rozpostartymi rękami i nogami, z rodzynkami zamiast oczu i guzików, nazywane żartobliwie „mymlołkami”. Przed Wielkim Postem natomiast prawdziwym powodzeniem cieszył się śląski krepel – smażony, pachnący, przygotowywany w dużych ilościach na czas karnawału i zapustów.
Dziś, patrząc z perspektywy wielu lat, te pozornie zwyczajne wypieki nabierają innego znaczenia. Były częścią świata dawnego rzemiosła, w którym receptury nie zawsze zapisywano w książkach. Przekazywano je podczas nocnej pracy przy piecu, razem z opowieściami o dawnych mistrzach, piekarniach i zwyczajach miasta.
Dlatego historia strzeleckiego piernika, Żaby Szczęścia czy śląskiego krepla nie jest dla mnie wyłącznie poszukiwaniem starych nazw i dokumentów. Jest próbą ocalenia pamięci o ludziach, którzy te wypieki przygotowywali, oraz o świecie, w którym zapach piekarni przed Bożym Narodzeniem był częścią rodzinnej i lokalnej tradycji.

