Poezja, Proza – dzieła lokalnych twórców

 Tęsknota

Wciąż pamietam, uparcie i skrycie.

Szukam w myślach tych dni, tego roku.

Tak kochałam twój obraz nad życie,

Teraz wiem,  gdy stanęła łza w oku.

Przecież nigdy przenigdy, poztym,

Nie pisałeś swych myśli w obłoku.

Byłeś wiatrem i chmurą i światem,

co przychodził w me łoże o zmroku.

I choć zapach lotny, zbłąkany,

Odszedł z tobą,  jak ty tego roku.

To twój cień w moich myślach ostany,

wciąż przychodzi codziennie o zmroku.

 

Izabela Iwanecka z Szymiszowa

Utwór przysłany na konkurs literacki zorganizowany przez Zarząd Gminny ZMW w Strzelcach Opolskch w listopadzie 1986 roku.

 

Utwór Mała Ojczyzna autorstwa Anny Wacławczyk z Krośnicy



,,Mój Ogród,, utwór Anny Wacławczyk z Krośnicy


Ostania Choinka
Śnieg padał jak nigdy w czasie Świąt Bożego Narodzenia. Duże płatki spływały powoli jakby miały zatrzymać się na chwilę, by później wolno opaść na ziemię. W ten cichy wigilijny wieczór, wąską uliczką strzeleckiej starówki, szedł wolno starszy pan. Nazywał się Szymon Sułko. Życie w ostatnim czasie nie rozpieszczało go. Od kilku miesięcy był bez pracy. Został zwolniony ze względu na częstą nieobecność w pracy, spowodowaną chroniczną chorobą. Ubrany był w cienki ciemny płaszcz. Kołnierz, postawiony wysoko zasłaniała chudą, bladą, nieogoloną twarz. Jego sylwetka przesuwała się prawie bez szeleśnie po śniegowym dywanie. Słyszał jedynie jak każdy jego krok powodował skrzypienie śniegu pod podeszwami. Patrzył spod opuszczonej głowy na mijane okna kamienic, z których na przemian dolatywały nuty wigilijnych melodii z wesołymi rozmowami dzieci które z niecierpliwością wypatrywały pierwszej gwiazdki na niebie. Myślami były przy swojej chorej córce, która również czekała na obiecane świąteczne drzewko. Łzy cisnęły mu się do oczu na samą myśl o rozczarowaniu ze strony Honoraty, jakiego dozna kiedy powróci do domu. Ostatnie pieniądze jakie pragnął przeznaczyć na choinkę i prezent dla dziecka, zostały mu skradzione. Szedł tak zamyślony, kiedy nagle stanął przed punktem sprzedaży wigilijnych drzewek. Sprzedawca właśnie zabierał się do zamykania stoiska, gdyż pozostało mu jedynie małe, krzywe, z rzadkimi gałązkami, niepozorne zielone drzewko. Nigdy przed tym nie widział tego człowieka w mieście. Pewnie jest z jednej z okolicznych wsi, pomyślał cicho, spoglądając na samotnie stojące drzewko. Chwilę patrzył na nie, przyrównując je do siebie i swojej sytuacji.
– Wesołych Świont – zagadnął go nieznajomy ze śląskim akcentem.
– A drzewko już mołcie panoczku.
Dopiero teraz ocknął się i spojrzał na nieznajomego. Był to straszy pan z siwą prawie białą brodą z czerwoną czapką na głowie, o białym pomponiku. Szeroki, jasny, barani kożuch, powodował że cała sylwetka była jak z ilustracji do opowieści wigilijnych dla dzieci. Jego twarz. miła z szerokim uśmiechem, wzbudzała od pierwszego spojrzenia miłe odczucie. Para niebieskich oczu, spoglądająca na niego spod okrągłych okularów, obudziła w nim przyjemne skojarzenia biegnące w przeszłość do własnego dzieciństwa.
– Wejście panołczku tyn łostanie stromik, dom wom za pu cyny.
Dopiero teraz zrozumiał sens słów jakie do niego dotarły.
– No wie pan, chętnie kupiłbym to drzewko, bo jakoś tak wyszło że jeszcze nie zrobiłem tego sprawunku. Jednak skradziono mi przeznaczone na ten cel pieniądze.
Nastała krótka cisza.
Przerwał ją serdeczny śmiech sprzedawcy, który przypominał mu smiech dziadka Alberta. To, na krótką chwilę sprawiło, że jakieś ciepło zagościło w jego sercu.
– Jako że dzisiej je wigilijoł, dejcie co mołcie, choćby jedyn grosik – powiedział z serdecznym uśmiechem sprzedawca.
Mimowolnie sięgnął do kieszeni płaszcza. Był tam kupon totolotka jaki zakupił przed godziną za 5 złotych, gdy nagle poczył zimnymi palcami, mała monetę. Wyjął ją z kieszeni, wielce zaskoczony tym odkryciem. Obejrzał ją pobieżnie nie zwracając uwagi na nominał. Była to mała, żółta moneta, przypominająca mosiężne 5 groszy, która mieniła się złotymi odblaskami w świetle okolicznych latarni. Zastanawiał się skąd wzięła się w jego kieszeni. Wtedy przypomniał sobie jak kupował na targu ten stary płaszcz, od pewnej starszej kobiety. Sprzedała mu go za 40 złotych. Dał jej banknot 50 złotowy. Kobiecina nie miała wydać drobnych, tak więc postanowił że może resztę zatrzymać. Pamiętał dokładnie, jak z wielką wdzięcznością za ten gest, dziękowała serdecznie, składając mu życzenia świąteczne. Jej słowa utkwiły mu głęboko w pamięci.
-dziynkujam wom panołczku. Życzam wom szczynśćioł i zdrowioł no i wygranyj w totka. Zagrejcie dzisiej, to wom się pewnikym poszczyńści.
Popatrzył krótk na monetę, Pokazał ją męższczyźnie na wyciagnietej rece, z lekkim wymuszonym uśmiechem
– tylko tyle mi zostało.
– powiedział tak jakby chiał się usprawiedliwić że tak niewiele może zaoferować.
Starszy pan spojrzał spod okularów z daleka i uśmiechając się odpowiedział.
– jako żech łobiecoł to tak byndzie, dejcie tego grosika i biercie choinecza do dom.
Podał mu monetę, kładąc ją na jego wyciągnietej ręce. w tym momencie poczuł jakieś ciepło, które emanowało z jego dłoni. Nie mógł stwierdzić czy to ze względu na to że, jego palce były zmarznięte, czy też od sprzedawcy biło takim przyjemnym ciepłem. Nieznajomy podnióśł monetę ku gorze, pod światło, przyglądając jej się uważnie. Cały czas uśmiechając się tajemniczo. Nagle, wyciagnął rekę w kierunku swojego rozmówcy z tymi słowami.
-wjycie panołczku, dzisiej je wigilioł, joł chcam zrobić tyż cojś dobrego. Kuknicie na tyn pjynionżek. Łon je ze złota, ni mogam tego wziońć. Biercie go nazołt. Przedejcie go abo zostołwcie se na pamiontka.
Szymon wziął z powrotem podaną monetę, tym razem przyglądając się jej uważniej. Chcąc dokładnie sprawdzić słowa nieznajomego sprzedawcy, obrócił się pod światło latarni obracając monetę we wszystkie strony. Trwało to małą chwilkę. Odwrócił się ponownie do swojego rozmówcy by mu podziękować, ale jego już nie było. Przy słupie ogłoszeniowym gdzie znajdowało się stoisko, pozostała jedynie mała choinka. Rozglądnął się wokoło, nikogo nie mógł jednak zauważyć. Wydawało mu się że to sen. Jednakże samotnie stojąca obok choinka, przeczyła jego tym myślom. Nie pozostało mu nic innego jak zabrać drzewko i wracać do domu. Mieszkał w małym mieszkanku, tuż obok miejskiego ratusza. Od kilku lat żył jako wdowiec z siedmioletnią córka. Gdyby nie pomoc sąsiadów, już dawno odebrano by mu dziecko. Szedł z choinką pod pachą, myśląc o strojeniu drzewka i przygotowaniach wigilijnej wieczerzy. Jakie było jego zdziwienie kiedy pod drzwiami do mieszkania zobaczył wielką żółtą paczkę, zawiązaną niebieską wstążką. To dopiero niespodzianka, pomyślał podnosząc ją spod drzwi. W tym samym momencie drzwi otworzyły się, a w progu stanęła jego matka z Honoratką na rękach. Przez głowę przeleciało mu tysiące myśli. W jego oczach pojawiły się łzy szczęścia. Bez słowa objął w ramiona ich oboje i bez słowa weszli do mieszkania. To była najszczęśliwsza wigilia w jego życiu. Ale o tym dowiedział się tydzień później, kiedy sprawdził liczby na kuponie totolotka. Był milionerem. Tak oto dziwne spotkanie w wigilijny wieczór sprawiło że los uśmiechnął się również do niego.


Autor Waclaw Trebron grudzien 2019
.
Moja ziemio, śląski domie

To ja będę zielonym drzewem.
Co w tą ziemię mocniej i mocniej wrasta,
miłością a nierzadko gniewem,
jak ziemi tej płodna śląska niewiasta.
Bedę śpiewem, co serca ojców napawa radością,
I łzami ciepłymi na policzku matczynym,
I bezsilną stłumioną niemocy żałością ,
Nad martwym ciałkiem zmarłej dzieciny.
Będę kamiennym krzyżem na wiejskim cmentarzu.
Głośnym słowa ojców naszych wspomnieniem.
I łykiem wina wypitym dla kurażu
by zbratać się z własnym sumieniem.
I choćbym miał płakać i długo szlochać
I bardzo daleko od ciebie żyć
To nie zapomnę cię zawsze kochać
Bo wiernym ślązakiem dla ciebie chcę być.

Autor Wacław Trebron grudzień 1999




Łokulary

( autor Franiszek Piontek, mietlołrz ze Szymiszowa Prankla 1966 rok)


Lołce, ryczy, wołoł stary:
kaj som moje łokulary?

Szukoł w izbie i chlywiku,
W taszy, w szranku i szczewiku.

Wszysko w chałpie przewrołcała,
Na starego naskołkała.

„Ty pieroński byku stary
Kaj som moje łokulary

To bez ciebie się to stało
że mi łoczy popaprało

Kukoł w piecu i antreju
we nachtopie i bifeju

pod szlafmycom, w krałzie szmalcu
w kabzie, mycce i we garcu

Już do hajźle zaleciała
gowna mjyszać prawie chciała

Kedy Hanzlik wołoł, mama
tyjś je winnoł sobie sama.

Bryle papa wczora mioł
ale ci je nazołt doł.

Na to baba – Antoniczku!
Bryle boły na stoliczku!

Ty pieroński byku stary
Kaj som moje łokulary

tyś pewnikym skludzioł wczora
jak tu boła ta doktora

Szukej gibko ty niezdaro
bo joł już je tyćko staroł.

Szukej drapko capie stary
bo to droge łokulary

Pod sziszlogym, na kanapie,
kukej drapko stary capie!

Chopek rychło ale w starchu
brylow szukoł już na dachu

Już delowka chce łodrywać,
Już żandary zaczął wzywać.

Aż na staroł swojoł kuknie
i się w łysy łeb nie puknie

toć te bryle coch ci kupioł
Ło ty staroł babo gupioł

żęjś je sama se stracioła
bojś łożartoł wczora boła

przeca w ajmer ci sleciały
jak z Marikom rajn żigały

Starka rano je doboła
w aimrze pjyknie ci łobmoła

I w antreju na bifeju
koło szolki połnej teju

leżom całe już łod wczora
i czakajom na doktora

bo to łon je tu zostawioł
jak cie lewatywa stawioł

I nie gołdej babo gupioł
boch cie brelow tych nie kupioł

tam na dworze lołce prosie
co twe bryle moł na nosie.

To ci padoł Alojz stary
To som twoje łokulary.







Nasz Śląsk

Nie wznoś swych oczu daleko, wysoko,
ponad niebieski horyzont hen.
Spójrz wprost przed siebie, tam zawieś swe oko,
to kraj ojczysty,to właśnie ten.

Gdzie pobielałe od słońca ściany
niby diamenty z daleka lśnią.
To kraj ojczysty, kraj ukochany
Z nim, twoje serce i dusza są.

Zapach skoszonej świerzo trawy,
radosny odgłos śląskiej gwary.
Albo historia ducha i zjawy,
którą przekazał ci dziad twój stary.

Wszystko to w sercu wzbudza wspomnienia,
porusza duszę, łzę w oku kręci.
Ale twój smutek nic tu nie zmienia
Nic twej tęsknoty za śląskiem nie zmąci.

To, menanacholi głos dobrze ci znany
w okowy zakuł serce stęsknione.
Ta brzoza, kamień, dom ukochany
I pierwsza miłość, uczucie zranione.

To twarze ludzi,sąsiadów z zaproga,
i beztroskiego dzieciństwa ślady.
To pomieszana przeróżna mowa,
radości, smutku,miłości i zwady.

To wspólne dni tych co zostali,
i tych co historia na zachód rzuciła.
I tych co tą ziemię jak swą pokochali,
bezdomnych,skrzywdzonych, jak mać przytuliła.

To ślady przeszłości, histori dzieje,
odeszłych dusz pozostałe wspomnienia.
I nowych pokoleń wiatr nadzieją wieje,
Jednak mych uczuć wcale nie zmienia.

Ja nie zapomnę was moje lasy,
łąki, pagórki, wiejskie zagrody.
W sercu zachowam po wieczne czasy,
w pamięci mojej jak rajskie ogrody.

Ja wiem, że nie tylko moje myśli
krążą nad tobą piękna kraino.
Każdemu co żył tu zawsze się przyśni
Twój urok i piękność które nie miną.

A ty,co czytasz tych wspomnień słowa,
zatrzymaj w pamięci obrazy z przeszłości.
Twe serce, twa dusza nie twoja głowa
Są siłą, pokarmem naszej jedności.

Czy śląska czy polska, niemiecka lub czeska
mowa tu płynie wśród pracy i trudu.
Bez wstydu, niech spłynie na ziemię ta łezka
Śląskiego, dumnego, prawego ludu.

Ostatnia choinka – krótkie  strzeleckie opowiadanie

Stare pocztówki kartki świąteczne - na Boże Narodzenie i Nowy Rok

 

Śnieg padał jak nigdy w czasie Świąt Bożego Narodzenia. Duże płatki spływały powoli jakby chciały zatrzymać się na chwilę, by później wolno opaść na ziemię. W ten cichy wigilijny wieczór, wąską uliczką strzeleckiej starówki, szedł wolno starszy pan. Nazywał się Szymon Sułko. Życie w ostatnim czasie nie rozpieszczało go. Od kilku miesięcy był bez pracy. Został zwolniony ze względu na częstą nieobecność w pracy, spowodowaną chroniczną chorobą. Ubrany był w cienki ciemny płaszcz. Kołnierz, postawiony wysoko zasłaniała chudą, bladą, nieogoloną twarz. Jego sylwetka przesuwała się prawie bez szeleśnie po śniegowym dywanie. Słyszał jedynie jak każdy jego krok powodował skrzypienie śniegu pod podeszwami. Patrzył spod opuszczonej głowy na mijane okna kamienic, z których na przemian dolatywały nuty wigilijnych melodii z wesołymi rozmowami dzieci które z niecierpliwością wypatrywały pierwszej gwiazdki na niebie. Myślami były przy swojej chorej córce, która również czekała na obiecane świąteczne drzewko. Łzy cisnęły mu się do oczu na samą myśl o rozczarowaniu ze strony Honoraty, jakiego dozna kiedy powróci do domu. Ostatnie pieniądze jakie pragnął przeznaczyć na choinkę i prezent dla dziecka, zostały mu skradzione. Szedł tak zamyślony, kiedy nagle stanął przed punktem sprzedaży wigilijnych drzewek. Sprzedawca właśnie zabierał się do zamykania stoiska, gdyż pozostało mu jedynie małe, krzywe, z rzadkimi gałązkami, niepozorne zielone drzewko. Nigdy przed tym nie widział tego człowieka w mieście. Pewnie jest z jednej z okolicznych wsi, pomyślał cicho, spoglądając na samotnie stojące drzewko. Chwilę patrzył na nie, przyrównując je do siebie i swojej sytuacji.
– Wesołych Świont – zagadnął go nieznajomy ze śląskim akcentem.
– A drzewko już mołcie panoczku.
Dopiero teraz ocknął się i spojrzał na nieznajomego. Był to straszy pan z siwą prawie białą brodą z czerwoną czapką na głowie, o białym pomponiku. Szeroki, jasny, barani kożuch, powodował że cała sylwetka była jak z ilustracji do opowieści wigilijnych dla dzieci. Jego twarz. miła z szerokim uśmiechem, wzbudzała od pierwszego spojrzenia miłe odczucie. Para niebieskich oczu, spoglądająca na niego spod okrągłych okularów, obudziła w nim przyjemne skojarzenia biegnące w przeszłość do własnego dzieciństwa.
– Wejście panołczku tyn łostanie stromik, dom wom za pu cyny.
Dopiero teraz zrozumiał sens słów jakie do niego dotarły.
– No wie pan, chętnie kupiłbym to drzewko, bo jakoś tak wyszło że jeszcze nie zrobiłem tego sprawunku. Jednak skradziono mi przeznaczone na ten cel pieniądze.
Nastała krótka cisza.
Przerwał ją serdeczny śmiech sprzedawcy, który przypominał mu smiech dziadka Alberta. To, na krótką chwilę sprawiło, że jakieś ciepło zagościło w jego sercu.
– Jako że dzisiej je wigilijoł, dejcie co mołcie, choćby jedyn grosik – powiedział z serdecznym uśmiechem sprzedawca.
Mimowolnie sięgnął do kieszeni płaszcza. Był tam kupon totolotka jaki zakupił przed godziną za 5 złotych, gdy nagle poczył zimnymi palcami, mała monetę. Wyjął ją z kieszeni, wielce zaskoczony tym odkryciem. Obejrzał ją pobieżnie nie zwracając uwagi na nominał. Była to mała, żółta moneta, przypominająca mosiężne 5 groszy, która mieniła się złotymi odblaskami w świetle okolicznych latarni. Zastanawiał się skąd wzięła się w jego kieszeni. Wtedy przypomniał sobie jak kupował na targu ten stary płaszcz, od pewnej starszej kobiety. Sprzedała mu go za 40 złotych. Dał jej banknot 50 złotowy. Kobiecina nie miała wydać drobnych, tak więc postanowił że może resztę zatrzymać. Pamiętał dokładnie, jak z wielką wdzięcznością za ten gest, dziękowała serdecznie, składając mu życzenia świąteczne. Jej słowa utkwiły mu głęboko w pamięci.
-dziynkujam wom panołczku. Życzam wom szczynśćioł i zdrowioł no i wygranyj w totka. Zagrejcie dzisiej, to wom się pewnikym poszczyńści.
Popatrzył krótk na monetę, Pokazał ją męższczyźnie na wyciagnietej rece, z lekkim wymuszonym uśmiechem
– tylko tyle mi zostało.
– powiedział tak jakby chiał się usprawiedliwić że tak niewiele może zaoferować.
Starszy pan spojrzał spod okularów z daleka i uśmiechając się odpowiedział.
– jako żech łobiecoł to tak byndzie, dejcie tego grosika i biercie choinecza do dom.
Podał mu monetę, kładąc ją na jego wyciągnietej ręce. w tym momencie poczuł jakieś ciepło, które emanowało z jego dłoni. Nie mógł stwierdzić czy to ze względu na to że, jego palce były zmarznięte, czy też od sprzedawcy biło takim przyjemnym ciepłem. Nieznajomy podnióśł monetę ku gorze, pod światło, przyglądając jej się uważnie. Cały czas uśmiechając się tajemniczo. Nagle, wyciagnął rekę w kierunku swojego rozmówcy z tymi słowami.
-wjycie panołczku, dzisiej je wigilioł, joł chcam zrobić tyż cojś dobrego. Kuknicie na tyn pjynionżek. Łon je ze złota, ni mogam tego wziońć. Biercie go nazołt. Przedejcie go abo zostołwcie se na pamiontka.
Szymon wziął z powrotem podaną monetę, tym razem przyglądając się jej uważniej. Chcąc dokładnie sprawdzić słowa nieznajomego sprzedawcy, obrócił się pod światło latarni obracając monetę we wszystkie strony. Trwało to małą chwilkę. Odwrócił się ponownie do swojego rozmówcy by mu podziękować, ale jego już nie było. Przy słupie ogłoszeniowym gdzie znajdowało się stoisko, pozostała jedynie mała choinka. Rozglądnął się wokoło, nikogo nie mógł jednak zauważyć. Wydawało mu się że to sen. Jednakże samotnie stojąca obok choinka, przeczyła jego tym myślom. Nie pozostało mu nic innego jak zabrać drzewko i wracać do domu. Mieszkał w małym mieszkanku, tuż obok miejskiego ratusza. Od kilku lat żył jako wdowiec z siedmioletnią córka. Gdyby nie pomoc sąsiadów, już dawno odebrano by mu dziecko. Szedł z choinką pod pachą, myśląc o strojeniu drzewka i przygotowaniach wigilijnej wieczerzy. Jakie było jego zdziwienie kiedy pod drzwiami do mieszkania zobaczył wielką żółtą paczkę, zawiązaną niebieską wstążką. To dopiero niespodzianka, pomyślał podnosząc ją spod drzwi. W tym samym momencie drzwi otworzyły się, a w progu stanęła jego matka z Honoratką na rękach. Przez głowę przeleciało mu tysiące myśli. W jego oczach pojawiły się łzy szczęścia. Bez słowa objął w ramiona ich oboje i bez słowa weszli do mieszkania. To była najszczęśliwsza wigilia w jego życiu. Ale o tym dowiedział się tydzień później, kiedy sprawdził liczby na kuponie totolotka. Był milionerem. Tak oto dziwne spotkanie w wigilijny wieczór sprawiło że los uśmiechnął się również do niego.

Autor Waclaw Trebron grudzien 2019