Zobacz legendy i opowiadania

Cud pod Kliczową Górką

Nigdy opowieści związane z cudownymi uzdrowieniami nie były przez osoby trzecie traktowane poważnie. Opis tych faktów które poniżej podaję nigdy nikt nie rozgłaszał w Szymiszowie w obawie przed fałszywym zrozumieniem. Miało to miejsce w czerwcu 1959 roku. W pewnej robotniczej rodzinie mieszkającej w czynszowym domu we wiosce, urodził się chłopiec jako czwarte z kolei dziecko, któremu na imię dano Jan. Dziecko rozwijało się w pierwszych dniach zdrowo, powodując rodość i zadowolenie wszystkich domowników. Aż pewnej majowej nocy niemowlę zaczęło głośno płakać, powodując niepokój wśród domowników. Wszelkie próby uspokojenia dziecka nie przynosiły skutku. Stosowano wszelkie znane i dostępne środki domowe. Sytuacja pogarszałasię jednak z minuty na minutę. Rodzice postanowili jak najprędzej sprowadzić pomoc lekarską. Do miasta było zbyt daleko, więc postanowiono wezwać lekrza z Prewentorium, które istniało w dawnym pałacu pohrabiowskim Strachwitzów. Wezwany lekarz przybył natychmiast. Badanie trwało krótką chwilę. Lekarz wchodząc do kuchni starał się ukryć swoje zwątpienie. Na pytanie rodziców w jakim stanie znajduje się dziecko, odpowiedział że w bardzo złym. I że jedyna nadzieja jest w szybkim przewiezieniu go do szpitala. Stwierdził ostry stan zapalenia opon mózgowych. Diecko dostało wysokiej temperetury, traciło przytomność. Próbowano obniżyć jego gorączkę poprzez zimne okłady. Zbudzono znajomego gospodarza Wieczorka który natychmiast zaprzęgnął konie do wozu. Pospieszono furmanką do szpitala w Strzelcach Op. W tym czasie babcia owego dziecka wraz z jego matką, rozpoczęły gorącą modlitwę do świętej Elżbiety, patronki matki, której obraz wisiał na ścianie. Rozpacz matki była tak wielka że łzy zalewały jej policzki a słowa modlitwy coraz trudniej wychodziły z jej ust. Tylko łkanie i szloch wstrząsał jej ciałem. Nie mogąc dalej się modlić wyszła na podwórko a poźniej aby się uspokoić, zrobiła spacer na ,,zołpociu,, Cały czas płakała modląc się cicho. Poszła w kierunku ,,Kliczowej Górki,, i tam, jak poźniej mówiła do swojej matki, zobaczyła postać kobiety w szarej sukni i w takim samy płaszczu. Postać ta nic nie mówiła, tylko klękając na ziemię zwróciła swoją twarz w kierunku nieba. Tak samo zrobiła zaskoczona zrozpatrzona kobieta. Zatapiając się w modlitwie prosiła matkę Boską o wstawiennictwo u Boga, aby jej syn został uzdrowiony. Nie mogła stwierdzić jak długo ta cała sytuacja trwało, lecz gdy się ocknęła, wokoło był już szary świt. Wrociwszy do domu zastała tam modlącą się domowników i matki kobiety, której wszystko opowiedziała. Obydwie odmówiły jeszcz jedną modlitwę do Matki Boskiej. Starsza z kobiet poszła do pracy na do zakładów wapienniczych, młodsza udała się pieszo do szpitala. W tym samym mniej więcej czasie kiedy ukazała się postać kobiety na ,,Kliczowej Górce,, furmanka wraz z chorym dzieckiem dotarła do szpitala. Dyżurny lekarz zbadał dziecko stwierdzając że ma silne zapalenie opon mózgowych i faktycznie stan jest bardzi ciężki, jeżeli by nie powiedzieć, beznadziejny. Dziecko otrzymało jedynie lekarstw na zbicie gorączki. Jednakże lekarz dyżurny stwierdził iż nic nie może zrobić i jedynie należy mieć nadzieję że stanie się cud. Trzy dni i trzy noce dziecko leżało nieprzytome na granicy życia i śmierci. Wreszcie czwartego dnia gorączka opadła i jego stan zdrowia zaczął się poprawiać. Przez wszystkie dni w domu rodziców dziecka modlono się wieczorną porą, a w modlitwach tych uczestniczyły także najbliższe sąsiadki. Matka dziecka wychodziła na spacer na ,,zapłocie,, by samotnie modlić się pod ,,kliczowym wzgórkiem,, gdzie ukazała się jej postać tajemniczej kobiety. Odwiedzała również kościół gdzie spogladała na witraż św. Elżbiet, wtedy to złożyła przyrzeczenie, iż jak tylko spełni się jej prośba, będzie przychodzić w to miejsce gdzie ukazała się ta postać, składając podziękowania za cudowne uzdrowienie. Dziecko wyzdrowiało, chociaż trwało to długi czas. Nikt z lekarzy nie dawał mu jakichkolwiek szans, Lekarze twierdzili że niemowlę nie przeżyje, wszyscy byli zaskoczeni że jednak dziecko przetrzymało tą chorobę. Obawiano się że mogą nastąpić powikłania, jednak wszysko ułożyło się pomyślnie. Czy stał się cud, czy też organizm dziecka sam się obronił. Pozostanie to niewyjaśnioną tajemnicą. Jednak matka dziecka, które dzisiaj jest dojrzałą kobietą, twierdziła że naprawdę św. Elżbieta ukazała jej się na ,,Kliczowej Górce,, Jak później opowiadała pragnęła postawić w tym miejscu małą kapliczkę lub krzyż, jednak możliwości finansowe nie pozwoliły jej na zrealizowanie tego pragnienia. Co roku odwiedzał jednak to miejsce, modląc się oraz kładąc na leżącym dużym kamieni polne kwiaty. Może jeszcze ktoś z rodziny, postawi tam krzyż lub kapliczkę na pamiątkę tego wydarzenia.

Wyścigi korowych łódek na rozniątowskim potoku

Obok przeróżnych zwyczajów i niecodziennych obrządków obchodzonych w społeczności wiejskiej Szymiszowa, przypomnieć należ trzy zapomniane tradycje, a o których wspominał Jan Pientka, urodzony 22.05.1899 roku, ogrodnik ostatnich właścicieli majątku szymiszowskiego, hrabiów Strachwitzów. Jedną z nich jest pochodząca z XIX wieku, a praktykowaną jeszcze przed pierwszą wojną światową tradycja puszczania na wodę przepływającej przez wieś rzeczki, w postaci krążków wykonanych z kory drzew sosnowych. Zwyczaj ten związany był z zatrudnionymi przy wyrębie lasów, robotnikami leśnymi, drwalami, którzy pracowali dla dworu. Jak wspominał Jan Pientka, była to zabawa która wyszła jeszcze od przedostatniego właściciela dóbr szymiszowskich, hrabiego Tilgnera. Chodziło tutaj przede wszystkim o sprawienie przyjemności dzieciom tych robotników leśnych, którzy w okresie wyrębów przebywali nieraz więcej jak 16 godzin poza miejscem zamieszkania. Jak powstała i wyglądała ta cała zabawa z pływającymi łódeczkami ? . Otóż wspomniani drwale przynosili ze sobą po całodziennej ciężkiej pracy kawałki kory, z której niektórzy wykonywali przeróżne zabawki, Także dziatwa próbowała swoich umiejętności rzeźbiarskich, co pewnego razu zauważył osobiście hrabia Tilgner. Pragnąc wynagrodzić w jakiś sposób starania artystyczne dzieci, zaproponował że ogłosi konkurs na najładniejszą rzeźbę z kory. Efekt był nieoczekiwany, powstały wtedy przeróżne figury które jednak nie były dziełem dzieci, lecz ich ojców. Wybór był bardzo trudny, jednakże hrabia Tilgner wiedząc ze prace nie wykonały dzieci, zarządził że osobiście dopilnuje nowego konkursu. Tematem prac miał być prosty krążek z kory, na którym umieszczono kolorowe wzory i numer wykonawcy. Także ta dyscyplina nie mogła zostać rozstrzygnięta gdyż wszystkie wykonane krążki były dziełami artystycznymi a hrabia nie mógł rozstrzygnąć, który z nich jest najładniejszy. W końcu zdecydowano, że owe krążki zostaną puszczone na wodę w parku pałacowym, i popłyną aż do środka wsi na tak zwany rynek. Tam sędziowie wybrani spośród niezaangażowanych w konkursie innych mieszkańców wioski. I tak też się stało. Na zwycięzców czekały trzy wiklinowe kosze wypełnione słodyczami i innymi dobrodziejstwami. Także pozostali uczestnicy spływu korkowych krążków otrzymali nagrody pocieszenia. Zawody te były jednym z punktów programu święta drwali, które organizowano corocznie.

Także inne imprezy miały wielkie wzięcie, na przykład wbijanie gwoździ do pniaka. Polegało to na wbiciu gwoździa jak najmniejszą ilości uderzeń młotka. Robiono wtedy zakłady a zwycięzca otrzymywał 50 gram wódki. W wspólzawodnictwie uczestniczyły zawsze dwie soby. Zawody te stały się bardzo zajmującym zajęciem, gdyż trawały do późnych godzin wieczornych. I chociż był to dzień drwali, brali w niej udział także inni mieszkańcy wioski i majątku.

Następna konkurencja która była stałym elementem festynów ludowych w wiosce było wdrapywanie się na okorowany drewnianny słup, który ustawiony był zazwyczaj na rynku wiejskim. Na kolorowo ozdobionym wieszaku w postaci krzyża który wskazywał cztery kierunki świata wisiały cztery nagrody dla najzręczniejszych młodzieńców z Szymiszowa. Była to flaszka gorzałki, wspaniała wędzonka i kiełbasa, oraz woreczek z pieniędzmi, oraz tak zwany Wunsch Zetel. Karta papieru na której widniał podpis hrabiego wraz z herbem rodowym, a na której to kartce można było napisać prośbę społeczności wiejskiej, skierowaną bezpośrednio do pana gruntowego. Jak wspominał Jan Pientka osobę która poradziła sobie ze złapaniem i zerwaniem fruwającej kartki nazywano przez miejscowych Fifą, Według potocznego języka, osoba o tak niezwykłej zręczności, zaradności i roztropności była zwaną Fifą hrabiego. Trudność polegała na tym że owa kartka zawieszona na cienkim szpagacie fruwała na wszystkie strony utrudniając niesamowicie zadanie śmiałkowi trzymającemu się jedną ręką na 6 metrowej wysokości. Zwyczaj ten, szczególnie praktykowany był w początkach maja, w związku z tak zwanym Świętem Maika. Także każda inna impreza organizowana przez społeczność szymiszowską XIX i XX wieku, miała w swoim programie tą zabawę. Także jazda tak zwanymi karami do gnoju, a właściwie wyścigi taczek, w czasie organizowanych festynów przysparzały wiele radości i uciechy wszystkim uczestnikom zabawy. Jeszcze jeden zwyczaj który praktykowany był na przełomie XIX i XX wieku , jak wspominał Jan Pientka, to tak zwany kiermasz Bożego Narodzenia. Tam na prowizorycznie zrobionych straganach gospodynie serwowały kołacz w trzech wydaniach, z makiem, serem i z posypkami, a ich mężowie nalewki, zaprawiane według im tylko znanych receptur. Przeróżna barwa i smak gorzałki oceniana była przez innych mieszkańców wsi co stanowiło punkt wyjściowy do ogłoszenia nazwy najlepszej nalewki szymiszowskiej. Wybrana nalewka mogła być sprzedawana przez cały okres zimowy w wiejskiej gospodzie. Trzeba tutaj jednak dodać iż w czasie trwania kiermaszu nie upijano się, gdyż podawane do degustacji ilości alkoholu były bardzo znikome, około 5 gram, a sama ocena polegała właściwie na wąchaniu i próbowaniu końcem języka. Natomiast po ogłoszeniu wyników kosztowania kołołcza, najlepsza gospodyni otrzymywała zamówienia na kołołcz weselny, od nowożeńców pragnących zawarcia małżeństwa w okresie tuż po Bożym Narodzeniu. Jest wiele innych zwyczajów które jeszcze do niedawna były żywo obchodzone w społeczności wiejskiej Szymiszowa.

Do nich możemy zaliczyć takie zwyczaje jak szkubanie pierza, wodzenie niedźwiedzia, topienie marzanny, lany poniedziałek, zajączka, wielkanocne ,,pocałowanie ponboczka,, jak też: Trzech Króli, Mikołaja, Sylwestrowy zwyczaj wyciągania furtek, żniwniołk, czyli Uroczystość Dożynkowa, Odpust, procesja Bożego Ciała, pielgrzymka na górę św. Anny czy też obyczaj ,,dzieciątka,, Bożego Narodzenia, czyli oczekiwania dzieciątka w Wigilię 24-go grudnia. Bogactwo wewnętrzne i zewnętrzne życia mieszkańców Szymiszowa na przestrzeni wieków, ukazywane było z różnorodnym nasileniem, właśnie poprzez praktykowanie przeróżnych obrządków i zwyczajów, które niestety w większości straciły na znaczeniu i odeszły w zapomnienie.

Historia pragliwego młynarza

Historia kary dla skąpego młynyrza Szeląga opowiadana była wczasach głodu i niedoli. Nie wiadomo dokładnie kiedy wydarzenia te miały miejsce. Z pewnością przed paru wiekami, jednak z ustnych przekazów wynikało że kara za skąpstwo, jaka spotkała młynarza Szeląga była słuszna. We wiosce były wtedy tylko dwa stare młyny. Jeden należał do pana hrabiego siedzącego na szymiszowskim pałacu, drugi był własnością bogatego młynarza, nazwiskiem Szeląg. Młynarz był nielubianym człowiekiem w całej okolicy. Jego skąpstwo stawało się z każdym dniem coraz większe. Nawet w stosunku do swojej własnej rodziny wykazywał nieopisaną chęć oszczędzania, zabraniając jedzenie chleba, więcej niż jeden raz na dzień. Każdy kilogram ziarna jaki zmielił w swoim młynie, przynosił mu zysk. Okradając biednych mieszkańców ze zmielonej mąki, sprzedawał ją później na targu w mieście. Jednak nastały ciężkie czasy biedy i głodu. Tylko bogaci chłopi mieli jeszcze zapasy zboża, które przywozili nocą do młyna, aby czasem biedota się nie zwiedziała. Biedni chałpnicy by ratować się przed śmiercią głodową z ostatków ziarna zmielonego we młynie zamiast chleba gotowali we wspólnym kotle nędzną zupę, która była ich jedynym ciepłym posiłkiem. Ale także te resztki jakie dostarczali młynarzowi do zmielenia, uszczuplone były złodziejską praktyką młynarza. Pewnego dnia zawitał do młyna biedak niosący na plecach stary reperowany worek z ziarnem, który był jedynie do połowy zapełniony. Młynarz zrazu powitał go z otwartymi ramionami. Naskakując mu zaoferował się zmielenia zboża w zamian za część otrzymanej mąki. Nieznajomy nic nie odpowiedział tylko podał młynarzowi ów worek. Wielkie było zdziwienie młynarza kiedy wziąwszy go w swoje ogromne dłonie nie potrafił go podnieść w jednej ręce, jak to zwykle bywało. Biedakowi kazał zaczekać przed drzwiami, sam podszedł do żaren. Już chciał wrzucić zawartość worka do środka, gdy w jego głowie zabłysnął nowy złodziejski pomysł. Zamiast zmielenia całości oddanego zboża wysypał tylko połowę a resztę zastąpił plewami. Żarna zaczęły pracować, na twarzy młynarza pojawił się chytry uśmieszek. Tak – pomyślał – za jednym razem złapię dwie muchy. Mąkę dla siebie i dobre imię wśród biedoty. Po skończonym przemiale worek biedaka był prawie cały zapełniony. Podając go w ręce nieznajomego powiedział. Macie tu dobry człowieku wszystko z powrotem, nic nie wezmę za zmielenie. Idźcie do domu. Nieznajomy nic nie odpowiedział, wziął podany mu worek i zniknął za rogiem budynku. Młynarz zatarł ręce, a wchodząc do młyna z szyderczym uśmiechem zabrał się do mielenia skradzionego zboża. Nadchodził wieczór, młynarz Szeląg załadował mąkę na wóz, wybierając się do gospodarza Wenzelka, który posiadał piec do pieczenia chleba. Przejeżdzając przez wieś widział spojrzenia, jakimi częstowali go mieszkańcy. Oddał mąkę z poleceniem aby upieczono z niej chleb, który odbierze jutro, i od razu wrócił do młyna. Także w drodze powrotnej mieszkańcy patrzyli na niego inaczej jak zwykle. Ogarnęło go dziwne uczucie. Strach zagościł w jego duszy. Z obawami doczekał następnego dnia. Jednak coś mówiło mu aby nie opuszczał młyna. Tak nadszedł wieczór, pod osłoną nocy, mimo strachu młynarz Szeląg wybrał się aby odebrać chleb od gospodarza Wenzelki. Jednakże nie poszedł drogą prowadzącą środkiem wsi w obawie że trafi znów na któregoś z mieszkańców. Wybierając skrót korytem strumienia płynącego pomiędzy zabudowaniami, posuwał się powoli wśród otaczających go ciemności. Czuł jakby jakieś niewidzialne oczy śledziły każdy jego krok, dotarł jednak w końcu do zabudowań Wenzelki. Pragnął jedynie jak najszybciej powrócić z chlebem do młyna. Zabrał przygotowanych pięć bochenków i bez pożegnania i zapłaty opuścił obejście. Tym razem już wyraźnie widział w ciemności ogromne świecące oczy, które śledziły go po obydwu stronach strumienia. Także ciche słabe głosy dochodzące gdzieś z zarośli napawały go coraz większym strachem. Chleba, chleba – słyszał dość wyraźnie – chleba, chleba – powtarzały coraz głośniej tajemnicze głosy. Tego było już za dużo dla młynarza Szeląga, z wielkim strachem w oczach wziął jeden bochenek chleba i rzucił go na brzeg. Za oszukanych młynarzu – dochodziło z brzegu. Młynarz zaczął biec, jednak kamienie leżące na dnie potoku uniemożliwiały mu szybkie poruszanie się. Był zmęczony, wyrzucił następny bochenek, a tajemniczy głos wołał – za okradzionych młynarzu, za okradzionych. W tym momencie wpadł w wielki strach i panikę. Biegnąc przed siebie wywrócił się, odrzucając od siebie trzeci bochen chleba. Ten sam głos, z niezmienionym tonem wołał – za głodujących młynarzu za głodujących. Z jeszcze większym strachem próbował biec dalej, jednak po paru krokach siły opuściły go zupełnie. Odrzucił czwarty bochenek, słysząc równocześnie słowa – za sieroty młynarzu, za sieroty. Stanął na środku strumienia który w tym miejscu przepływał obok placu wiejskiego, a ostatni bochenek upadł do wody. Młynarz próbował podnieś ów bochenek jednakże chleb zamienił się w kamień. Nie wierzył własnym oczom, wielki bochen chleba zamienił się w kamień. Jakby rozum mu się pomieszał w głowie, zaczął biec i krzyczeć na całą wieś – za krzywdy młynarzu, za krzywdy młynarzu. Po tym wydarzeniu już nikt więcej nie widział młynarza Szeląga a rodzina wkrótce sprzedała młyn i wyjechała z Szymiszowa. Starzy ludzie powiadają że przekleństwo wisiało nad tym młynem przez wiele setek lat. Po pewnym czasie pożar strawił stary młyn a na jego miejscu powstał nowy murowany. Ja powiadają najstarsi mieszkańcy Szymiszowa kamienne bochenki chleba leżące w potoku można było zobaczyć jeszcze w XX stuleciu, gdyż gospodynie używały ich w czasie prania bielizny. Później zniknęły, prawdopodobnie są wmurowane w fundamenty kościoła który przebudowywano w początkach XX wieku.

Miejsce w szymiszowskim lesie zwane bratówką

Obraz z motywem dwóch strzelców i jelenia,  nawiązującyc prawdopodobnie  do tego podania będący w posiadaniu rodziny Wacławczyk

Dakładnie nikt nie może powiedzieć dlaczego ów leśny wzgórek, w południowo-zachodniej części szymiszowskiego lasu, znajdujący się na wysokości krzyżówki dróg Prankel-Kalinów a Szymiszów wieś w kierunku drogi Wapenniki-Kalinów, został nazwany ,,bratówką,, Miejscowy ksiądz o nazwisku Plachetka opowiadał jedną z historii dotyczącej tego miejsca w czasie nauki religii. Otóż bardzo dawno temu, jeszcze w czasach kiedy właścicielem posiadłości szymiszowskiej była rycerska rodzina Strzelów, doszło do wielkiego nieszczęścia. Pan na Szymiszowie i Suchej miał dwóch synów i jedną córkę. Synowie byli bliźniakami i byli do siebie bardzo przywiązani. Jeden bez drugiego nie mógł żyć. Dorastali we dworze w Suchej, gdyż na dobrach szymiszowskich siedziba pańska była całkowicie zrujnowana, a dworzysko nadawało się do odbudowy. Wszystko robili razem. Czas upływał im na jeździe konnej i ćwiczeniach w rycerskim rzemiośle. Obaj byli bardzo dobrymi łucznikami. Pewnego jesiennego dnia, a było to krótko przed św. Janem, obaj młodzieńcy udali się na polowanie. Od wczesnego świtu wraz z dwoma pachołkami podjęli trop wspaniałego jelenia o którym donieśli szymiszowscy chłopi. Zapowiadało się iż zdobędą wspaniałe trofeum, gdyż wspomniany jeleń miał byc ogromnego wzrostu z przepięknym porożem. Aby zwierzyna nie uszła z ojcowskiego lasu postanowili ją osaczyć. Kluczyli długo po leśnych ostojach okrążając jelenia, który jakby przeczuwał swoich prześladowców pokazywał się raz to jednemu, raz to drugiemu z braci. Oni zaś podchodzili zwierza nie wiedząc że są blisko siebie. Jeleń zaś kluczył spokojnie wśród zarośli, jakby wiedział iż może ich przechytrzyć. Raz po raz przystając, kroczył dostojnie na leśną polanę wzniesienie, gdzie pośród rozrzuconych głazów rosły niewysokie krzewy. Myśliwi byli już pewni swojej zdobyczy. Jeden z południowej, drugi z północnej strony. Czając się czekali odpowiedniego momentu. Ogromna sylwetka jelenia przystanęła na chwilę jakby zapraszała luczników do oddania strzału. Bracia stali po przeciwległej stronie polany, jednak nie widząc siebie. Jednoczesnie podjęli decyzję o oddaniu strzału, obaj też mierzyli w szyję zwierzęcia. Jednocześnie wypuścili strzały, które podąrzały z ogromną prędkością w kierunku sylwetki jelenia. Nagle stała się rzecz niesamowita. Stojący do tej pory jak zaczarowany, w bezruchu jeleń skłonił na chwile swoją głowę, a wystrzelone w jego kierunku strzały minęły się ze świstem, przelatując pomiędzy jego ogromnymi rogami. Śmiercionośne pociski z ogromną szybkością zbliżały się do stojących na przeciw siebie braci. Usłyszeli, w ułamku sekundy świst, a później jakby trzask bicza który odbił się echem po całym lesie. Nastała krótka cisza którą przerwał przerażliwy ryk jelenia. Ten krótki moment zdawał się być dla nich zapowiedzią tryumfu. Gdy nagle świat zawirował przed ich oczyma. A jakież było ich zdziwienie gdy w ich piersiach, na wysokości serca, pojawiła się długa strzała. I jak by jednocześnie uderzeni piorunem, upadli bez życia na ziemię. Tak skończył się żywot młodych panów na Suchej, ostatnich  męskich potomków rodu Strzelów. Niejednokrotnie mieszkańcy okoliczych osad słyszą wieczorną porą przeraźliwy ryk jelenia, a jego postać jak duch pojawiał się i znikała w różnych częściach szymiszowskich lasów.
Na pamiątkę tego tragicznego wydarzenia, ojciec młodzieńców kazał sprowadzić w to miejsce dwa ogromne wapienne głazy. Jak podaje stara legenda, skrószały się i rozpadły na wiele mniejszych kamieni, które do tej pory można zanleźć w miejscu określanym przez miejsowych jako ,,bratówka,, Jeszcze w latach międzywojennych wierzono że kto nosić będzie przy sobie okruch kamieni z ,,bratówki,, będzie kochał się z własnym rodzeństwem do końca swoich dni.

według przekazu Teodora Greifa z Szymiszowa czerwiec 2009 roku

Złoty ciplik ze studni.

Zbójeckie gniazdo na Wysokiej.

Prawdziwa legenda o Marku z Jemielnicy.

Pobyt Johana Wolfganga von Goethego na strzeleckim zamku.

Prawda o powstaniu gry karcianej w skata.

Tajemniczy śniertelny wypadek Hiacintha von Małachowskiego w Strzelcach Wielkich.

Znikająca karczma.

Utopki w rożniątowskim strumieniu.

Przeklęta wioska Czortkowice pod Strzelcami.

Historia pękniętego dzwony z szymiszowskiego kościoła.

Tajemnica pośmiertnych resztek księcia Mikołaja II czylim legenda bezgłowych zwłok w podziemiach szymiszowskiego kościoła, i odnaleziona czaszak z kościoła w Suchej, a związki z księciem Mikołajem II opolskim.