Nowe informacje do legendy o rycerzach świętej Jadwigi na rożniątowskiej górce

Uwaga. Prywatne archiwum Karola Mutza odkrywa swoje tajemnice.

,,Dziwny i niesamowity był to czas roku Pańskiego 1241. W pierwszy dzień, po piątej niedzieli przed Wielkancą, działy się rozmajte niezrozumiałe znaki na niebie i na ziemi. W noc z niedzieli na poniedziałek, rozpętała się straszna niesamowita burza deszczowa, niespotykana w tej krainie od niepamętnych czasów. Najstarsi ludzi nie pamiętali takiego strasznego żywiołu. Nie były to śnieżne nawałnice, jeno jakby niebo płakało, wylewając morze łez. A niemieszczące się w korytach okolicznych rzek i strumieni masy wody, zatapiały niżej położone chaty kmiecie i pola. Straszne powstały błyskawice i grzmoty, pomieszane z trzaskami łamanych drzew i odgłosami szczęku żelaza, stukotu końskich kopyt i wycia wiatru. Szczególne straszności miały miejsce nad różniątowską górką ponad wieżą kamienną, z której okiennych oczdołów płomienie świec migotały. Widziano jakoweś postacie na niebie, niby rycerze zbrojni na rumakach, wmieszani w czarne i białe szczępiaste chmury, przeszywane żólto-białymi błyskawicami i czerwona poświatą. Nikt nie mógł spamiętać jak długo trwały te straszne sceny, gdy nagle wszystko ustało. Nastała grobowa cisza, że ludzie bali się własnego oddechu,,

Taki wstęp do historii rózniątowskiego wzgórza można było znaleźć w zaginionej kronice kościelnej z Tarnowa. I daje pisano: ,,Nie przeminęło wiele dni kiedy zjawiły się oddziały barbarzyńskie obcych wojów na ziemi kasztelani strzeleckiej. Pierwsze przybyły od Kożla i Krapkowic. Rabowały i paliły wszystkie napotkane osady. Pod strzelecką kasztelą zebrali się wojowie z okolicznych gniazd rycerskich, dołaczając do oddziałów Mieszka Otyłego, księcia raciborskiego, który pod Raciborzem dał odpór wrogowi. Kilkuset zbrojnych, wśród których rycerstwo krakowskie i raciborskie, kilku braci zakonnych z pachołkami z Gliwic i Otmętu oraz czeskich panów, podążało pod opolski gród, by tam naprędce odpór dać wrogom. Kasztelan strzelecki z kilkunastoma rycerzami dołączył do gromady. Obozem legli pod wieżą rózniątowska zwana Deszonem od o imienia brata zakonnego, który osadników z Czech sprowadził, zwanego de Schona (lub Deżona). Mniemając po zawołaniu, pochodzącego ze Francji a przybyłego z Glubčice ( Głubczyc). Już i brat Jakub z Gliwic i Friedrich z Otmętu ze swoimi pachołkami takoż się tutaj zjawili. Wśród nich brat Czesław z dworu Jadwigi wrocławskiej, rycerz Georg z Sankt Georgenberg, Jaksa von Vyssoka (Wysoka). Hanus von Tost ( Toszka), Conrad auf Grodisk (Grodzisko) Nyclas von Suchau ( Sucha), Franczen von Nackel (Nakło) Jokesch Diesko von der Elgott, Vlodke von Wyasd, (Ujazd) riter Granowsky , Aleks von Flekenstein, jakoż i inni z imienia nie podani. Rycerz de Schoon jako gospodarz tego grodku i pomniejsi słudzy wraz z innymi do drogi się zbierali. Większość zbrojnych w drogę ruszyła ku Opolu. Pozostało trzynastu rycerzy ze służebnymi, aby zapasy zebrać, kasztelanię strzelecką ogniem zniszczyć, by w ręce nieprzyjaciół nie wpadła. Wtedy to znienacka i bez ostrzegania, jakiś zabłąkany zagon mongolski zjawił się od strony południowej. Zwarli więc szyki wokół zabudowy na górce, dając odpór wrogiemu wojsku, zaparli się nogami w ziemię, jakby pragnęli podporę jakową uzyskac. A że jeno konny mały oddział barbażyńców ataki na obrońców podjął, tako obrońcy odpór wrogom dawali. Wokół wieży walka trwała długi czas a nikt nie zważał na trudy i znoje, rany i przelaną krew, nikt nie liczył ich bohaterskich czynów. Wsparci plecami o mury wieźy, ponad którą łopotał biały płaszcz z czerwonym krzyżem, jaki na żerdzi rycerz de Schon zatknął, zawzięcie toczyli krew wrogów z imieniem Chrystusa na ustach. Brat Czesław zagrzewał do walki topniejący zastęp obrońców okrzykiem: ,,W imię Chrystusa, za księcia Henryka, za księżną Jadwigę, ona modli się za nas, Boże miej nas w swojej opiece.. Rannych w wieży chroniono, z której dwóch łuczników skutecznie wrogów raziło. Pod wieczór jedynie garstka wyczerpanych rycerzy pozostala osamotniona w swych staraniach, Zamknęli się w w wieży czekając na sromotną śmierć z ręki przeważającej siły wroga. Nie chcąc oddać się żywcem, wejście zaryglowali żelaznymi sztabami, podpalając dolne pomieszczenia, czym się na pewną śmierć skazać musieli. Płomienie ogarnęły cały budynek, a oni jakby pod ziemię się zapadli. Nie słyszano jęków ani krzyków, ani też żadnej postaci na górze wieży. Jakby w jednej chwili skończył się ich żywot, Jeszcze długi czas po ustaniu ognia, tatarzy próbowali ze zgliszczy wydobyć jakieś dowody na istnienie owych obrońców. Ponieważ walka ta zajęła znaczne ich siły, potrzebowali dowodów dla swych wodzów, na to z kim stoczyli tak niesamowite zmagania, aby usprawiedliwić mozolną walkę, która zajęła im tak wiele czasu i zadała im tyle strat. I wtedy z mrocznych tlących się ruin wieży wyszedł owy brat co go Czasławem zwano. Zadziwli się obcy wojowie. Zatrzymali się w swych staraniach, gdyż nie liczyli że ktoś z tych piekielnych płomieni z życiem ujść byłby zdolny. Osmolona postać w habicie, chwiejnie zrobił kilka kroków, jakby ledwo ustać na nogach mógł, jednkże donośnym głosem zawołał do osłupiałych obcych. ,,Słuchajcie barbarzyńscy pohańcy, spoglądnijcie wokoło na te ciała które padły pod ciosami sług Chrystusowych, oni czeakją, nie dosięgną ich wasze szable, oni pod opieką Boską. To Bóg ich skrył przed wami a wrócą kiedy potrzeba taka nastanie,, Jeszcze cztery słowa opusciły usta brata Czesława : Księżna Jadwiga modli się………….. wtedy padł bez czucia. Pojawienie się tej nieoczekiwanej zjawy, w pierwszym momencie wszystkich obecnych niesamowicie zaskoczyło. Wszyscy stali jak z kamienia, bez poruszenia. Wtedy jeden z dowódców zeskoczywszy z konia, podbiegł z wielkim wrzsakiem do wojownika który zamachnął się włącznią na leżącego mnicha i jednym ciosem szabli skrócił go o głowę. Prawdopodobnie ów dowódca pragnął wziąść go żywcem aby się przekonać z kim to do czynienia mieli, że taką odwagą zachowali się obrońcy wieży. Inni osłupieni tatarscy wojowie rzucili się na kolana, błagając o litość, sądząc że również ich spotka kara za zamiar czynu dobicia leżacego mnicha, przez ich współbratymca. Tak też się stało. Głowy leciały jedna za drugą. Ów dowódca w szale zabijania, sobie jedynie znanym zamiarem powodowany, czyn taki dokonywał. Trzynaście głów spadły na ziemię, turlając potoczyły się pod nogi rumaka na którym ów wódz przybył. Wtedy stało się coś strasznego, Wystraszony rumak wspiął się na tylnych nogach i kopytami spadł na swego pana. Ten z rozłupianą głowa padł natychmiast nieżywy. Rumak jak oszalały zniknął w czeluściach nocy. Jedynie głuchy stukot jego kopyt i straszne rżenie jeszcze długo nadlatywały z oddali. Tumult jaki nastapił i dzikie rżenie konia, sprowadziło w to miejsce innych mongolskich wojów, którzy nie potrafili sobie wytłumaczyć co tak naprawdę się tutaj wydarzyło. Nikt nie zauważył w tym zamieszaniu leżącego wśród zabitych, zbroczonego krwią mnich. Po wielu godzinach nad ranem, został odnaleziony przez okoliczncyh chłopów którzy wyszli z ukrycia z pobliskiego lasu na wieśći o odejściu mongołów. Owym mnichem był jak się później okazało, błogosławiony Czesław, jako jeden z nielicznych uratował się z tej rzezi. Szczęśliwym trafem dotarł przed hordami mongolskimi do wrocławskiego grodu, by na murach wrocławskiego zamku, mimo chorego ciała i osłabienia, dodawać otuchy obrońcom. Rok później schorowany i osłabiony od ran jakich doznać miał na rożniątowskiej górce pod Strzelcami, święty Czesław zmarł.

Skrócone tłumaczenie odpisy Chroniki Tarnowskiej

Przedstawiony powyżej tekst pochodzi z materiałów własnych, archiwum prywatnego Pana Karola Mutza. Wolne tłumaczenie z tekstu niemieckiego, odpisu dokumentu zredagowanego przez Ernesta Morawitzkiego, (prawdopodobnie na podstawie notatek Reichela z Kroniki Strzelec Wielkich, i zaginionej Kroniki parafii Tarnów pod Opolem). Napisano po konsultacji z Karolem Mutzem, przez Norberta Wacławczyka, w miesiącu czerwcu 2016 roku.

Korektury dokonano 22 wrzesnia 2019