Legenda Wikinga Tyrkiera

Autor Norbert Waclawczyk

Opowiadanie powstałe pod wpływem odtworzenia  zaginionego artefaktu figurki bożka Tyr, odkrytego w stawie przyklasztornym w Jemielnicy.

Mroczne to były czasy dla okolicznych osad nad brzegiem rozlewającej się Odrany. Rzeka płynęła szczególnie leniwie mimo wysokiego stanu wód tej wiosny. Od dłuższego czasu nadchodziły różne niepokojących wieści z ościennych krain o strasznych wojach z północy, zapuszczających się w górę rzeki swymi długimi łodziami. Informacje te przynosili wędrowni kupcy.  Kasztelania na Opulu dobrze była zabezpieczona wałami i palisadą ze starych wiekowych dębów. Mimo tego nikt na poważnie nie zawracał sobie głowy takimi opowiadaniami. Kasztelania na Opulu dobrze była zabezpieczona wałami i palisadą ze starych wiekowych dębów.  Dla mieszkańców było to miejsce spokojnie płynacego czasu.

Wczesny, kwietniowy ,chłodnawy  poranek nie zapowiadał tragicznych chwil które niebawem miały wstrząsnąć całą osadą. Kilku ludzi siedziało przycupniętych na palisadzie otaczającej całe godzisko. Na dziedzińcu wędrowny kowal, otrzymawszy zezwolenie na pozostanie w kasztelani, rozpalał właśnie ogień przygotowując się do obróbki ostrzy włóczni jakie zlecono mu w zamian za pobyt w obrębie murów. Dym unosił się powoli, a jego woń smolnych szczap rozchodziła się po całej osadzie jak poranna mgła.

Kiedy nagle donośny ryk bojowych rogów, dochodzący od strony rzeki oraz widok dwudziestu wielkich łodzi z rozwiniętymi szarymi żaglami, postawił na nogi wartowników, którzy wychylając się z murów próbowali lepiej dojrzeć nadchodzącego wroga. W przeciągu kilku chwil z murów spadło siedmiu obrońców  ugodzonych strzałami łuczników, którzy weszli niepostrzeżenie na strome wały okalające drewnianną palisadę. W mgnieniu oka około trzydziestu zbrojnych zarzucilo na drewnianą palisadę haki przywiązne do sznurów. Zrazu w kilku miejscach jednocześnie poczęli wdrapywać się brodaci wojowie o strasznych twarzach. Jeden po drugim wślizgiwali się od pólnocnej strony na całej długości murów. Ten odcinek ogołocony z obrońców, okazał się szczęśliwy miejscem dla atakujacych. Ich szybka akcja zaskoczyła zupełnie pozostałych przy życiu wojów. Napastnicy z ogromnym impetem i zaciekłością zaatakowali nadbiegajacych z wszystkich stron obrońców pragnących zachamować ich wtargnięcie. Teraz dopiero z gardeł napastników wyrwały się dzikie okrzyki, które przypominały ryk stada niedźwiedzi lub wilków. Zaskoczeni obrońcy byli całkowicie sparaliżowani odgłosami budzącego zgrozę  wycia Hu.. Hu.. Hu..

Padali bez czucia, jeden po drugim, od ciosów topora lub miecza. Zacięta walka nie trwała jednak długo.  Część napastników podążyła do bram osady, torując sobie drogę wśród zdeteminowanych obrońców. Zaskoczenie było jednak tak wielkie że nie potrafili dać odpór ich potężnej nawale. Po otwarciu bramy, jeszcze większa gromada atakujących wbiegła na dziedziniec grodziska.

Kilkunastu obrońców wbiegło do murowanej wieży, gdzie na krótko znaleźli schronienie. Na placu przed wieżą widać było ciała poległych którzy jeszcze przed chwilą stawiali opór. Nie oszczędzano nikogo. Otwarcie głównej bramy grodu przypieczętowało ostatecznię klęskę obrońców kasztelanii. Mimo ostrzeliwania atakujących z łuków, napastnicy pod osłoną tarcz zaczęli podchodzić pod wejścia, gdzie rzucali zapalone szczapy i kłody drewna. Przed zamkniętymi ciężkim drewnianymi drzwiami zabezpieczającymi wejście do wieży zaczęły kłębić się ogniste jęzory ognia i dymu. Obrońcy z przerażeniem patrzyli na coraz bardziej wzmagający się ogień i dym który wypełzał do wnętrza ich schronienia. Na dole w bezpiecznej już dla siebie odległości, napastnicy przypatrywali się działaniu ognia który pożerał powoli grube bale zamkniętych wrót wieży obronnej. W pewnym momencie, parę kroków przed szereg zgromadzonych na dziedzińcu obcych, wyszło dwóch potężnie zbudowanych olbrzymów  w długich nakryciach ze skóry.

Chwilę rozmawiali ze sobą. Jeden z nich, widać ktoś znaczny, kiwnął ręką w kierunku grupki, która wyróżniała się ubiorem pośród przybyłych z nim wojów. Do przodu wyszedł wysoki, równie dobrze zbudowany mąż, postąpił kilka kroków i donośnym głosem zawołał w kierunku obrońców.

Litości możecie oczekiwać od walecznego Tyrkera który dzisiaj dzięki pomocy swego patrona Tyra zwycięstwo tak chwalebne i bez strat osiągnął. Rzućcie swoje miecze, topory i łuki, a życie uratujecie swoje i swoich bliskich. Inaczej spalimy was i wziętych naszą siłą waszych ludzi, a domostwa i gród wasz zrównamy z ziemią.

Z wieży dolatywały jeszcze chwilę jęki rannych i krzyki zgromadzonych tam ludzi, kiedy ktoś z wewnątrz wykrzyknął jakieś niezrozumiałe dla przybyszy słowa. Na chwilę zapanowała martwa cisza. Jedynie co można było usłyszeć, to odgłosy skwierczacego palonego drewna. A chwilę później zaczęto zrzucać z wieży, miecze, topory, łuki i inne przybory obrońców.

Wtedy wspomniany z imienia Tyrker unosząc do góry swoje potężne ramie, dał znak aby zalać ogień wodą. Trwało to kilka dobrych chwil zanim ostatnie płomienie zgasły. Kilka większych  dymiących kłód, odciągnięto spod wejścia. Nadpalone bale bramy wejściowej drgnęły wreszcie pod naporem z wewnątrz,  a w czeluści otworu wyjściowego pojawiły się postacie obrońców. Jednym z pierwszych był Sieciech, starszy rady który reprezentował pana grodowego pod jego nieobecność. Był to starszy już człowiek, który to już od starości bądź strach wielkiego, drżacy, wspierał się na ramionach towarzyszących mu osób. Po lewej jego stronie młoda piękna dziewka, po drugiej w skórzanej zbroi postawny młodzieniec o jasnych włosach, wychodzących spod żelaznego hełmu. Równie niepewnym krokiem z wieży wyszło kilkadziesiąt osób. Ze strachem w oczach, ludzie zbili się w jedną kupę usiłująć własnym ciałem wzjamenie się ochraniać. Jedynie wspomniany młodzieniec z jakimś gniewem w oczach, nie wykazywał strachu przed stojącym na pięć kroków przed nim wymienionym z imienia Tyrkerem. Ten spojrzawszy na niego, wymówił w obcym języku pare zdań, a zaraz potem jeden z przybyłych z nim, swojsko wygladający z ubioru człowiek, mową miejscową  powtórzył jego słowa.

Jam jest Wielki Tyrker, daruje wam życie pod warunkiem że oddacie do mojej dyspozycji po jednym pierworodnym z każdej zacnej rdziny waszego grodu, przewodnika po waszej krainie, jak też ekwipunek dla naszych ludzi. Na czas naszej u was obecności siedziba wasza pod naszym zwierzchnictwem pozostanie tak długo jak będzie to potrzebne.

Ciche szemranie rozległo się wśród stojącej przed Tyrkerem grupy ocalałych obrońców. W końcu głos zabrał ów młodzieniec podtrzymujący do tej pory starego Sieciecha.

Jam Mirogniew jest, syn Czambora pana na tym opulu. Ojciec mój odszedł do Peruna trzy księżyce temu. Jesteśmy jeszcze w żałości i wdzięczni jesteśmy żeś tak wspaniałomyślnie postąpił z nami. Oddajemy się pod jego opiekę.

Po tych słowach, pośredniczący w tłumaczeniu mąż uśmiechnął się dziwnie, spojrzawszy na Tyrkera i rozpoczął składać relację ze słów młodzieńca, w mowie zrozumiałej dla przybysza.

Skończywszy, ukłonił się Tyrkerowi i odszedł na stronę. Zapadło  długie milczenie i dziwny spokój.

Tyrker powoli zdejmując z głowy hełm z żelazną maską ukazał swoją brodatą twarz z której spogladały duże, czysto niebieskie oczy, które wprawiły miejscowych w zdumienie.

Z ust wszystkich miejscowych, wypłynął odgłos wielkiego zaskoczenie, podziwu i nieoczekiwanego szacunku. Niektórzy padli na kolana bijąc pokłon przed postacią woja, jakby ujrzeli zesłańca bogów na którego oczekiwali od lat.

Tyrker spojrzał na nich z niedowiarą, zaskoczony reakcją jakiej się nie spodziewał. Zwrócił się ponownie do swojego tłumacza, widocznie z zapytaniem coż oznaczał ten pomruk wśród zgromadzonych.

Takie właśnie zapytanie skierował tłumacz do stojącego przed nim Mirogniewa.

Odpowiedź Mirogniewa była spokojna ale równie zaskakujaca dla tłumacza jak samo zadane mu pytanie.

Nie dziw się Panie, gdyż ja sam równie zaskoczony jestem wraz z moimi ludźmi. Zaiste niesamowite to spotkanie z niebieskookim przybyszem o którym opowiada się od wielu pokoleń wśród naszego ludu. Mówi się że przybysz o niebieskich oczach przybędzie z dalekiej północy jako naznaczony wojownik, który uszanuje naszych bogów a nasze plemię wspomoże w walce z sąsiadami po drugiej stronie rzeki. Ojciec nasz stracił życie otruty podstępnie przez Lupiglanów. Od wielu lat przodkowie nasi skarb monet srebrnych gromadzili aby niebieskookiego wojownika wynagrodzić mogli za jego pomoc. Takoż prosimy aby przyjął ten skarb i naszą gościnę w zamian ze wsparcie naszej słusznej sprawy.

Ponownie przekazano tłumaczone słowa Mirogniewa, które Tyrker wysłuchał z wielką uwagą. Na koniec spojrzał w jego kierunku, kiedy jednoczesnie wszyscy padli na kolana wyrażając swój szacunek i powagę sytuacji. Mirogniew jedynie skłonił się nisko pozostając w pozycji wyprostowanej. Słowa a zarazem gest całej grupy mocno podziałały na osobę Tyrkera. Czy to z poczucia własnej wyższośći czy też poryszyła go przekazna mu przed chwilą historia, rozłożył szeroko swoje ogrome ramiona robiąc kilka kroków w kierunku Mirogniewa. Objął go mocno, co w pierwszym momencie wprawiło w osłupienie pozostałych obcych wojów. Jeszcze nigdy w ich wspólnych wyprawach coś takiego nie miało miejsca. Dalej sprawy potoczyły się błyskawicznie. Mirogniew gestem ręki dał znać kilku pachołkom, którzy ruszyli w kierunku wieży, znikając w czeluści okopconego wejścia. Inni słudzy zabrali się do porzadkowania dziedzińca, szykują wielkie drewniane stoły, które szybko zaczęły zapełnić się dzbanami pełnymi napitku oraz misami pełnymi jadła. Szmer zadowolenia przebiegł przez usta obcych. Tyrker dał sygnał aby zejęto miejsca do biesiady. Obcy zasiedli na drewniannych ławach. Po kilku chwilach przed Tyrkerem stanęli pachołkowie którzy postawili przed jego nogami dwie wielkie skrzynie wypełnione po brzegi srebrnymi monetami. Tyrker wziął jedną z monet do dłoni, przyjrzał się jej dokładnie i po krótkim namyśle wypowiedział jedno zdanie ,,Oplagringer af guld og sølv,, Niezrozumiałe słowa musiały być czymś pozytywnym skoro Tyrker  uśmiechając się wymownie wydał z siebie pomruk zadowolenia. Potem wszyscy obecni przy stole wojowie uderzając się po udach wydali z siebie również odgłos, głębokim Huuuuuuuuu.

Uroczystość została otwarta. Po tygodniowej biesiadzie część obcych wojów obdarzonych sowicie dużą ilością srebra, siadła na swoje długie łodzie i pożeglowała z biegiem rzeki, tam skąd przybyli. Tyrker wraz ze swoimi najwiernieszymi wojami pozostał, jak się później okazało na długie lata przy boku gospodarza, wspierając i umacniając jego władzę wśród ościennych plemion zjednoczonych przez Mirogniewa. Tyrker mimo inności praktyk religijnych ludzi wśród których żył, pozostał wierny swojemu bogowi Tyrowi, oddając mu codziennie swoją cześć. Nie zwracał uwagi na wyznanie i ceremonie jakie stosowali miejscowi, czczący Peruna jako swojego boga. Często opowiadał w długie zimowe wieczory o wyczynach Tyra, wychwalając sagi z dalekiej pólnocy. Wtedy wyciągał swój miecz, na którym wyryty był znak Tajwaz, w postaci strzały symbolizujący boga Tyra. Gładził ten wizerunek palcami, czyszcząc ostrze swojego miecza. Nie uszło to uwadze Mirogniewa. Któregoś letniego dnia podarował Tyrkerowi małą figurkę bożka Tyra wykonana z brązu. Stworzył ją pewien wędrowny rzemieślnik z dalekiej krainy Noricum, który przywedrował na te tereny wraz z kupcami rzymskimi. Posiadał on umiejętności wytopu nie tylko żelaza ale również brązu. Mała figurk wykonana na polecenie Mirogniewa według jego opisu, sprawiła Tyrkerowi wielką radość,  który od tej pory nie rozstawał się z nią ani na chwilę. Stała się jego talizmanem. Pewnego jesiennego wieczora, Tyrker opowiedział Mirogniewowi swój sen, w którym zobaczył niesamowitego jelenia o potężnych roga, jakich w życiu nie widział. W śnie tym, stoczył z nim walkę wręcz, skręcająć mu kark. Wtedy Mirogniew zaproponował Tyrkerowi udział w wielkim corocznym polowaniu na dzikiego zwierza. Według doniesień jakie przekazał mu łowczy, największe okazy jeleni znajdowały się w południowej części włości Mirogniewa. Idąc starym południowym szlakiem kupieckim, na rozdroża morawskiego traktu, przy osadzie służebnej strzelców książęcych, skręcili na wschód do rozległych borów przesieki wschodniej. Tam, wśród potoków i stawów rybnych w osadzie służebnej, oczekiwał na nich nocleg i przygotowana strawa.

Na wykarczowanej wielkiej polanie z zagospodarowanym płaskim terenem, od chaty nad rozlewiskiem aż po brzeg cimengo lasu z którego wypływał potok, rozpościerał się wspaniały widok. W oddali widać było pasące się łanie. Był to dobry znak jutrzejszego polowania. Tyrker zawierzył w wynik tego polowania opiece boga Tyra, którego figurkę postawił we wnęce zagłębienia naprzeciw miejsca gdzie miał posłanie. Patrzył na nią długi czas, wspominając swoje wojenne wyprawy do różnych zakątków dalekiego świata. Migotanie płonacej szczapy i napój miodowy, wprawiło go w zmęczenie i nie wiadomo kiedy zasnął głębokim snem. Zaiste dziwny był to sen. Przed jego oczami przewinęły się dziesiątki postaci którym odebrał życia. W pożodze ognia i wśród dymu palonych domostw, wyłaniały się kreatury ludzkie bez członków, okaleczone, broczace krwią. Krzyki i zapach spalenizny jakby wchodził w jego nozdrza dusząc go bardzo realistycznie. Czuł, jakby naprawdę znajdował się wśród zgliszcz chat i budynków, miejsc w których przebywał w czasie wypraw wojennych.

Nagle odczuł gorąco bijące w jego twarz. Instynktownie przebudził się chwytajac za leżący obok posłania miecz. Jego oczom ukazały się prawdziwe płomienie pożaru, który ogarnął już dużą część wnętrza chaty. To nie był sen. Ostatkiem sił, dusząc się od żrącego oczy i gardło dymu, zdołał wydostać się na zewnątrz. Cała chata stała już w płomieniach. Na moment pomyślał o posążku który pozostał w palącej się izbie. Bez namysłu podnióśł z ziemi leżące tam przygotowane do wyprawienia skóry, mocząc je w wodzie zazucił na siebie. Wbiegł do izby, na oślep szukając swojego talizmanu. Nie bez trudu dotarł do miejsca gdzie go pozostawił. Płomienie zajęły już wnękę a figurka stawała się coraz bardziej gorąca. W ostatnim momencie zdąrzył złapać ją w dłoń. Czył jak żar gorącego metalu wżera się w jego dłoń. Jednakże za wszelką cenę pragnął uratować swój talizman. Ostatkiem sił wybiegając z chaty, ściskał w dłoni palący żar rozgrzanego metalu. Na chwilę otworzył dłoń z której wysliznęła się, oblepiona spaloną skórą gorąca figurka. W tym momencie wpadła do stawu, którego wody podchodziły po sam próg chaty. Na ręku Tyrkera pozostała głęboka, krwawa rana, odbitej postać bożka. Na moment stracił orietację co do miejsca w którym upadła. Pragnął jak najszybciej odnaleźć zgubę. Zanużył zbolałą ręke w zimnej wodzie. Ukoiło to na moment ból. Mimo że pożoga płomieni oświetlała brzeg stawu, nic nie widział i po omacku szukał miejsca w którym posążek zniknął w wodzie. Rękami zanurzonymi w mule próbował odnleźć swoją zgubę. Jego wysiłki były jednak daremne. Dym, który w zbyt dużych ilościach dostał się do jego płuc, sprawił że stracił przytomność, upadając twarzą do wody. Kilku służebnych, którzy próbowali gasić domostwo podbiegło, unosząc jego bezwiedne ciało. Wiele dni Tyrker leżał bez czucia pomiędzy życiem a smiercią. Kiedy w końcu na chwilę się ocknął, poczuł jakby powoli odlatywał w zaświaty. Półprzytomny spytał tylko co się stało i gdzie jest jego talizman. Nie usłyszał jednak więcej odpowiedzi na swoje pytanie. Po chwili jego dusza opuściła ciało, udając się do krainy zmarłych, zwanej Walhalla. Czy naprawdę do Walhalli a może do Niflheimu.

Nikt więcej nie pytała o figurkę bożka Tyra. Pozostała ona na wieki zatopiona w stawie, pośród borów śląskiej krainy. Ciało Tyrkera, wojownika z północy, pochowano gdzieś w pobliskim lesie, usypując mu wielki kurchan, tak jak nakazywała tego tradycja jego przodków. Do naszych czasów w okolicach jemielnickiego klasztoru spoczywają nieodkryte szczątki wielkiego wojownika, który próbując ratować talizman, bożka Tyra, oddał życie nie w boju a w półśnie wiedziony do krainy zmarłych przez ofiary którym odebrał życie. A może to niespokojny duch wikingskiego wojownika, nieszczęśliwy w krainie Niflheimu gdzie trafił z pewnością,  gdyż nie zginął jak wojownik w walce ale zmarł jak zwykły śmiertelnik, ponownie daje o sobie znać. Może duch jego powraca w okoliczne lasy. Czy też bogowie postanowili wskrzesić jego pamięć na nowo z chwilą odnalezienia figurka bożka Tyr ?

Nikt nie wie tego na pewno. Jednak według starych przekazów, w pobliskich lasach od strony Gąsiorowic, słychać nieraz nocną porą dziwne odgłosy. Czy ta stara legenda, powstała w dawnych czasach, może rzucić nowe światło na dzieje tajemniczego talizmanu wikingskiego wojownika, odnalezionego w przyklasztornym stawie w Jemielnicy?

Przypuszczalnie jeszcze na długie lata historia ta pozostała by nieodkrytą tajemnicą mrocznych dziejów tamtych minionych czasów, gdyby nie odkrycie tej figurki pod koniec XVII wieku i jej dalsze zagmatwane losy.